Jeszcze o 3 maja

W nowoczesnej demokracji europejskiej słusznie rzeczą niemożliwą jest, aby władza uzasadniała swą prawomocność inaczej niż nieskrępowaną wolą tych, którzy ją wybrali. Spoglądając z tej perspektywy na świąteczny dla państwa i Kościoła dzień 3-ego maja warto sięgnąć do istotnej treści zasady wzajemnej autonomii władzy świeckiej i religijnej, co stanowi ostatnio przedmiot ożywionej dyskusji nad Wisłą.

Tak oto drzewiej potoczyła się sprawy w naszej ojczyźnie, że trzeciomajowy dzień stał się w Polsce ważny dla władzy świeckiej i religijnej. Splata z sobą doniosłe wydarzenia polityczne oraz kościelne. Jako obywatele czcimy tedy rocznicę uchwalenie Konstytucji 3-ego maja, a katolicy celebrują również Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski, która wyrosła ze ślubów lwowskich króla Jana II Kazimierza. I jak tu oddzielić Państwo od Kościoła w taki sposób, żeby było świeckie?



Idea państwa neutralnego w sprawach światopoglądowych zrodziła się przede wszystkim, jako antidotum na wojny religijne. U swych początków wyrażała myśl, iż władza świecka powinna zrezygnować z podejmowania jakichkolwiek rozstrzygnięć w kwestiach dotyczących wiary lub niewiary tych, którzy pozostają pod jej jurysdykcją. Przyznając w tej materii równą wolność wszystkim sobie poddanym sama winna wycofać się z pozycji arbitra w sporach światopoglądowych. W takim kształcie władza świecka ze swej natury nie może być w określony sposób wyznaniowa, ateistyczna, czy agnostyczna. I na tym, jak sądzę polega kłopot z tą ideą, że należy do gatunku pożytecznych utopi. W praktyce nieosiągalna do spełnienia, a jednak konieczna dla utrzymania w państwie pokoju pomiędzy obywatelami. Spełnia swoją rolę tylko wówczas, gdy nie domagamy się jej wcielenia w skrajnej postaci. W przeciwnym wypadku wywołuje tę samą wojnę, jakiej miała zapobiec.

Na przednówku wojny hugenockiej we Francji w roku 1562, kanclerz króla Francji wypowiedział znamienne słowa: „Nie o to chodzi, która religia jest prawdziwa, lecz jak można żyć pospołu”. Osiągnąć tego nie sposób, jeśli np. ateiści odwołując się do mitycznego „światopoglądu naukowego” będą chcieli narzucić go wierzącym przekonując o jego rzekomej neutralności. Podobnie nie unikniemy przynajmniej zimnej wojny światopoglądów, gdy wierzący czynić będą pokój społeczny zakładnikiem oczywistego uniwersalizmu swoich przekonań. Co do agnostyków w myśl ich własnego założenia niczego istotnego rozstrzygnąć się nie da, a to grozi permanentną wojną wszystkich ze wszystkimi.

Cóż zatem z tą świeckością państwa począć? Myślę, że pożyteczna jest tylko wówczas, gdy pilnując pokojowego współżycia wszystkich obywateli, jako równych sobie sama nie staje się nośnikiem jakiegoś światopoglądu. Lecz czy to możliwe?
Trwa ładowanie komentarzy...