Rozgorzałemu właśnie sporowi o kształt prawa antyaborcyjnego (nie pomni na złe doświadczenia z dalszej i bliższej przeszłości) postanowiono znowu nadać kształt wojny światopoglądowej. Okładka najnowszego numeru tygodnika „Gość Niedzielny” ogłasza: BITWA O ŻYCIE, a jego redaktor naczelny na trzeciej stronie pisze o konieczności otwarcia frontu. Witamy zatem na wojnie o życie! Dlatego pewnie katolickie orły, sokoły, herosy - bez niepraktycznych na polu walki subtelności - dały świadectwo prawdzie. Ktoś w Internecie "stosownie" umundurował wrogie kobiece odziały, ktoś inny w intencji ochrony życia poczętego odsądził en bloc protestujące kobiety od prawowitej wiary i rozumu.
Trafny socjologiczny odsłuch jest potrzebny Kościołowi nie po to, aby wiedział jak koniunkturalnie dostosowywać swoją naukę do aktualnie dominujących ludzkich gustów, lecz po to, żeby Kościół rozumiał, z jakimi procesami społecznymi i osobistymi tragediami przychodzi mu się mierzyć. Nie wszystko bowiem da się łatwo skwitować niedoinformowaniem lub zmanipulowaniem kobiet.
Druga strona konfliktu oczywiście nie ustępuje pola, zwiastując rychłą dyktaturę barbarzyńskich mizoginów pozbawionych ludzkich uczuć rodem ze średniowiecza. I tak zwaśnione obozy koncentrują się przede wszystkim na werbalnym odczłowieczaniu wroga. Czasami tylko, w przypływie niespodziewanej szczerości, przydarzy się komuś napomknąć, że na wadze Temidy (prawa świeckiego) nie da się zważyć wszystkiego, np. cierpienia i wartości życia dziecka przeciw cierpieniu i wartości życia kobiety lub odwrotnie. Ale ta niemoc tylko wzmaga determinację walczących.
Temida potrafi jednak zważyć, jak można żyć pospołu. Jak zapobiec powtarzającemu się wykorzystywaniu różnic światopoglądowych dla antagonizowania społeczeństwa i osiągania doraźnych korzyści politycznych.
Jeśli w Kościele pobłażamy grupom faszyzujących nacjonalistów, bo werbalnie deklarują przywiązanie do tradycji katolickiej, a chatko piętnujemy strajkujące kobiety, pośród których także są katoliczki, to nie obrastamy wiarygodnością. Jeśli sami długo i opornie dochodziliśmy do publicznego wyznania, że osoby duchowne dopuszczają się pedofilii, że są odpowiedzialne za niepoliczalne cierpienie dzieci i ich rodziców, to z większą pokorą powinniśmy formułować sądy o cudzej moralności, stanie duszy i rozumu. Do relatywnie trwałej wygranej w BITWY O ŻYCIE potrzeba czegoś więcej niż tylko liczebnej przewagi sejmowych szabel.
